Kobieta to nie sos.
- 11 minut temu
- 2 minut(y) czytania

Najgorsze (albo najlepsze) było to,
Że nie umiałam zawęzić się do niszy.
Powiedzieć o sobie: Jestem Nina i będę opowiadać o zdrowiu.
Bo przecież jestem też Blum, Blimsien, Blumchen.
Ninką, Inką i Ninusią.
Zależy kto pyta. Zależy kto mówi. Zależy, jak układam się na cudzych ustach i opuszkach palców.
Zrób zdjęcie w marynarce - doradziła mi. Będziesz wyglądać poważnie, no wiesz… dla firm.
Ale ja chodziłam dekadę temu do pracy w korpo w potarganych, krótkich szortach, w TV byłam z kolczykiem w nosie (bardzo odważnie - powiedział mój ojciec) i nawet spod kaszmirowego swetra zawsze wystaje moje ciało, moja skóra, która opowiada granatowym tuszem własne historie.
I nigdy nie rozumiałam, dlaczego miałabym tylko projektować ubrania. Tylko pisać. Tylko o urodzie. Dlaczego nie wolno pisać tych koszmarnie długich opisów przyrody, a w języku mówionym soczyście przeklinać.
Jakby przeklinanie wymazywało wrażliwość, umiejętność i wiedzę.
Dlaczego nie mogę wierzyć w Boga i w woo-woo. Podglądać fizyka, który opowiada o czarnych dziurach, czytać rano poezję. Dlaczego nie mogę plotkować z kasztanowcem, stalkować księżyca, wyobrażać sobie, że daktyle to klejnoty, a potem próbować rozróżnić IKE od IKZE i tworzyć tabelki, które same odejmują podatek i VAT w zestawieniu miesięcznych przychodów.
Dobra, to teraz elevator pitch. Opowiedz co robisz w takich krótkich trzech zdaniach - zachęca mnie.
A ja w trzech zdaniach milczę. Bo jak to opowiedzieć krótko? Przecież wszystko łączy się ze wszystkim, każda kropka z inną kropką i powstaje wirująca, ekstatyczna mandala pulsująca tysiącem tematów. Pulsująca życiem.
Detal. Piękno. Zachwyt. Nauka. Duchowość. Przyroda. Architektura. Kuchnia. Kultura. Pragmatyzm dnia codziennego.
Więc pisałam książki o ajurwedzie, jedzeniu i porach roku. Być może tylko dlatego, że kiedyś spotkałam Argentyńczyka w podróży, któremu pozwoliłam pomieszkać u mnie kątem i który zmienił niechcący moje życie.
A potem napisałam całkiem inną historię i wielu było zaskoczonych. Bo format był inny, okładka nie miała zdjęcia. Nie było przepisów. Były tylko pytania i opowieści. I woda. Ludzie rzadko lubią, jak coś jest nagle inaczej.
A potem zobaczyłam ją. Miała ciemne, długie falowane włosy i namalowane eyelinerm po trzy kropki z każdej strony nosa. Część grzywki zaplotła a w małe warkoczyki. Miała kocie oczy i wysokie kości policzkowe, talię osy i nienaganny makijaż. Lubiła biżuterię, miała soczyste mięśnie, ciężkie buty, dźwigała żelastwo i umiała naprawić samolot.
Dzięki Bogu za Jessicę Moreno.
I za wszystkie te wielowymiarowe kobiety, które w swoich wiedźmich kotłach miksują brokat ze śmiałością, rozświetlacze ze smarem, naukę z magią, matematykę z marzeniem o niebieskich migdałach, zmysłowość z siłą.
Dzięki Bogu za wszystkie te koteczki, które są płynne jak lawa lub spieniona morska fala. Które są zmienne, morfują, migoczą, umykają niszy, gębie i metce.
Kobieta to nie sos, powoli redukowany w rondelku społecznymi oczekiwaniami, aż zostanie z niego sama lepka słodycz. Kobieta to ogień pod tym pieprzonym rondlem.
Ogień, który może transformować świat.















Komentarze