Najsmutniejsze kalorie świata.
- 30 lip
- 4 minut(y) czytania

Pamiętasz zasadę Marie Kondo, że wszystko, co nie jest użyteczne i nie przynosi Ci radości, powinnaś wyrzucić?
Podobnie myślę o jedzeniu.
Nie jestem miłośniczką liczenia kalorii, bo jedzenie to dużo więcej niż liczby. Czy jest sezonowe? Czy zjedzone w spokoju? Czy czuję się po nim dobrze? Owszem, warto zorientować się w świecie kalorii, żeby zrozumieć, że przeciętnie trzy posiłki dostarczą Ci około 1500–1700 kcal i jeśli dodasz do tego garść orzechów, batona, dwie kawy z mlekiem, szklankę coli lub soku albo piwo, to nagle być może znacznie przekraczasz swoje zapotrzebowanie.
Doskonale pamiętam, jak chapnęło mnie zdziwko, kiedy okazało się, że pączek albo niewinny baton ma niewiele mniej kalorii niż moje śniadanie.
Kalorie, które cieszą
Zamiast czegokolwiek sobie zabraniać, co zwykle prowadzi u mnie do wzmożonych myśli i buntu wobec granicy, którą sama sobie wytyczyłam, wolę budować świadomość i zaufanie. Zaufanie polega u mnie na tym, że ufam, że kiedy będę głodna, będę mogła zjeść. Nie głodzę się, to dla mnie oczywiste.
Jedzenie, kiedy jest się głodnym, jest nieco mniej oczywiste u osób z dominującą doszą vata lub ADHD. A więc wypracowanie sobie regularności lub jakieś awaryjne przekąski dają mi poczucie bezpieczeństwa – kiedy będę głodna, nie będę głodować. Ale to też inna obietnica złożona samej sobie – kiedy będę miała na coś ochotę, zjem to bez wurzutów sumienia za to z przyjemnością.
Paradoksalnie zaufanie, że po drugiej stronie (tej samej osoby) jest sprzymierzeniec, który nie zabrania i nie jest dyktatorem, pozwala mi swobodniej decydować o tym, czy naprawdę mam ochotę na daną rzecz.
Utrudniam sobie to, co łatwe
Jak to robię, że jem bez restrykcji, ale jednocześnie nie folguję sobie w sposób, który by mi szkodził?
Utrudniam sobie to, co jest łatwe, i ułatwiam to, co naturalnie trudne. Tę zasadę stosuję w całym środowisku życia, które dla siebie tworzę. Umawiam się na treningi ze znajomymi, żeby trudniej mi było się wyplątać ze zobowiązania, ale nie trzymam w domu chipsów, ryżowych wafelków ani słodyczy. Jeśli naprawdę mam na nie ochotę – będę musiała wyjść z domu, iść do sklepu i je kupić, a potem zjeść.
Wysiłek związany z codziennym podejmowaniem decyzji, że idę do sklepu po tego Grześka, często sprawia, że… lenistwo wygrywa. Odwleka też moment od impulsu do zjedzenia. Często okazuje się, że po prostu łatwiej mi nie robić dodatkowej trasy i dokonywać płatności, niż gdybym miała przejść dwa kroki od komputera i wyciągnąć zachomikowane słodycze z szafki. Nie nadwyrężam mojej silnej woli, bo po co?
Nie jem nawykowo. Ostatnio koleżanka zaproponowała mi wafelka. Kupiłyśmy je dzień wcześniej i zjadłyśmy, ale jeden został. Podziękowałam. Była zdziwiona. Dzień wcześniej najadłam się słodkim, więc następnego dnia nie miałam ochoty. Nie jem tylko dlatego, że coś jest w zasięgu mojej ręki. Nauczył mnie tego korporacyjny „słodki stół”, gdzie w poniedziałek zawsze przynosiliśmy słodycze, by osłodzić sobie trudy rozpoczynającego się tygodnia.
Kalorie warte zachodu
Nie jem produktów, których nie lubię. Neutralnych. Jeśli mam ochotę na jagodziankę, ale jej nie ma, są za to drożdżówki z serem i szarlotka w lipcu, po prostu nie wezmę nic. Tu wracam do idei kalorii, które cieszą – nie mam żadnego problemu z tym, żeby opędzlować kawał tarty wiśniowej na kruchym spodzie albo nadmorskiego gofra z bitą śmietaną i frużeliną.
Nie decyduję się na półśrodki z gatunku „tylko z cukrem pudrem”. Nie. Chcę dokładnie tego, co lubię i pamiętam z dzieciństwa. To mnie ucieszy, nasyci i da mi spokój na wiele tygodni.
Z uważnością podczas jedzenia bywa u mnie różnie. Jednak kiedy jem coś rekreacyjnego, coś, co ma mi przynieść radość, obecność jest kluczowa. To moje spożywcze „cost per use”. Chcę nasycić się każdym kęsem, poczuć przyjemność do samego końca, a nie łyknąć coś bezrefleksyjnie i niezauważenie. Zauważyłam, że uważne jedzenie, angażowanie wszystkich zmysłów zaspokaja też nasze inne potrzeby, więc nie potrzebujemy tak szybko kolejnej dokładki.

Najsmutniejsze kalorie świata
Jednymi z najsmutniejszych kalorii są te, kiedy wydaję na coś pieniądze – 18 zł za kawałek ciasta w kawiarni! – a na końcu to ciacho mi nie smakuje albo jadłam je tak łapczywie, zagadana, w pośpiechu, że nawet nie zdążyłam go poczuć.
Nic nie wkurza mnie tak, jak wydane 20 zł i 300 kcal, których nie lubiłam, które nie przyniosły mi radości, satysfakcji i przyjemności. Wydałam pieniądze i wiem, ile wysiłku kosztuje moje ciało, żeby takie 300 kcal spalić, a umówimy się – słodycze, nachosy, chipsy czy pizza nie są najlepszym paliwem dla ciała. Jeśli więc je jem, mają mi dawać maksimum przyjemności.
Taka selektywność w podejściu do jedzenia zaspokaja moje potrzeby, czuję w sobie sprzymierzeńca, który niczego mi nie zabrania, łatwiej podejmuję decyzje, czy coś naprawdę da mi przyjemność, której się po danym daniu spodziewam, i jestem dla siebie partnerką, a nie surowym rodzicem.
Świadomość, nie wyrzuty sumienia. Uważność. I umiejętność dostrzegania wzorców. Te trzy rzeczy pozwalają mi mieć dobrą relację z jedzeniem, która nigdy nie była pełna restrykcji, ale nigdy też nie była bezmyślnym popuszczaniem sobie pasa, które wpędzałoby mnie w kłopoty zdrowotne czy złe samopoczucie na własny temat.
Jeśli bliskie jest Ci podejście oparte na współpracy ze sobą zamiast ciągłej kontroli, zapraszam Cię również do wysłuchania odcinka podcastu o tym, jak poznać, jakie jedzenie jest dobre właśnie dla Ciebie, a nie na papierze lub w dietetycznej aplikacji.














Komentarze